Krótki przewodnik po dobrym życiu

Opublikowany:

Ludziki z kamieni ułożone na piasku

W artykule chcę podzielić się uwagami związanymi z kształtowaniem odporności psychicznej, racjonalnej samooceny, radzeniem sobie ze stresem. Jednym słowem poszukać odpowiedzi na pytanie, jak poruszać się w życiu, w którym jedyną pewną rzeczą jest to, że nie ma nic pewnego. Jest on utrzymany w nurtach teoretycznych związanych z tzw. „psychologią pozytywną”. Ale bez niepokojów, nie będzie to akademicki wykład, lecz parę garści konkretnych wskazówek psychologa praktyka, który odwołuje się jednak do naukowo dowodnych faktów zgodnie z zasadą wybitnego psychologa Kurta Lewina, iż „nie ma nic bardziej praktycznego niż dobra teoria”.

Wszystko fajnie. Usiadłem pełen zapału do pisania i tu pojawiła mi się pierwsza przeszkoda. Jako naukowiec i praktyk, który na co dzień pisze, wiem, że powodzenie artykułu w dużej mierze zależy od jego tytułu. W psychologii pozytywnej na określenie dobrego życia (jak w powyższym tytule) używa się takich pojęć jak „jakość życia”, „szczęście”. Ponieważ nie przepadam za określeniem „jakość życia” – naukowe i takie trochę merkantylne, towarowe, więc machinalnie chciałem zatytułować go tak, by było w nim słowo „szczęście”. Może: „Jak być szczęśliwym”, „Drogi do szczęścia” czy jakoś tak.

Wtedy pomyślałem o Tobie – odbiorcy tych słów. Przeczytasz taki tytuł i pomyślisz sobie: „No tak, kolejny kaznodzieja od zdrowia psychicznego ze swymi mądrościami” albo „Acha, znowu jakiś „fejsbukowy influanser” ze swoją plastikową receptą, jak być szczęśliwym, zdrowym i bogatym. W sukurs przyszedł mi jednak dobry przypadek (jestem zwolennikiem przypadków, pod warunkiem, że mądrze się je wykorzystuje). Oderwałem się od pisania i ot tak zacząłem przeglądać jakieś papiery. Natknąłem się, oczywiście przypadkowo, na Przykazania Leszka Kołakowskiego i wywiad z nim (bez trudu znajdziesz w Internecie). Dobra lekcja pokory. Szczęście, sława, dobra materialne – ulotne sprawy. I  tu pomyślałem: może nie życie szczęśliwe, a właśnie dobre. Nie jak być szczęśliwym, ale jak wyzwolić się od poczucia cierpienia. Dobre życie to życie w zgodzie z sobą i innymi, to życie akceptujące sytuację, w jakiej jesteśmy, życie sensowne, celowe, produktywne, w którym wykorzystujemy to, co jest nam dane, i w sposób, w jaki możemy to uczynić, bo pewnych spraw nie przeskoczymy.

Ludzik ułożony z kasztanów na dłoni
Fot. Małgorzata Kaczmarek

W tym momencie przypominała mi się historia Bronnie Ware. Po skończeniu studiów ekonomicznych rozpoczęła pracę w bankowości, robiąc karierę. Czegoś jej jednak w życiu brakowało, porzuciła profesję. Została ostatecznie pielęgniarką na oddziale paliatywnym. Godzinami i dniami rozmawiała z umierającymi. To, co od nich usłyszała, to jedno wielkie przesłanie dla nas. Okazało się, że niezależnie kim, czym byli ci ludzie, jaki status reprezentowali, w obliczu śmierci żałowali tego samego:

  • że tak ciężko pracowali, przegapiając dzieciństwo swych dzieci, obecność najbliższych;
  • że nie wyznawali szczerze swoich uczuć, ze wstydu, strachu przed oceną;
  • że nie utrzymywali kontaktów z przyjaciółmi;
  • że nie pozwolili sobie być szczęśliwymi ludźmi. Utkwili w starych wzorcach i nawykach.

Bronnie Ware nigdy nie usłyszała od tych osób, by żałowały, że nie miały więcej pieniędzy, więcej partnerów życiowych, nie zrobiły kariery.
Warto się zastanowić, co jest naprawdę ważne w tym nieprzewidywalnym życiu.
Martin Seligman, jeden z twórców kierunku psychologii i psychoterapii pozytywnej, powiada, że nasze kiepskie życie to efekt:

  • zatracenia kontaktu z własną naturą,
  • poświęcania czasu wyłącznie na pracę lub bierny odpoczynek,
  • życia w pośpiechu,
  • pogoni za sukcesem i nieumiejętności cieszenia się nim,
  • nadmiaru dóbr materialnych powodujących życie w „nędzy duchowej”,
  • zatracenia umiejętności cieszenia się prostą zmysłową przyjemnością.

Współczesny człowiek rzeczywiście utracił kontakt z sobą i ze swoimi emocjami. Gdy pojawiają się, szczególnie te negatywne, próbuje od razu z nimi walczyć albo w sposób destrukcyjny, bolesny dla innych je okazuje. A  może, nim wybuchnie się złością, lepiej powiedzieć sobie w myślach zdecydowane „STOP”, uśmiechnąć się (to bardzo skuteczna i jakżeż prosta metoda relaksacji – a  tak łatwo o niej zapominamy) i zareagować inaczej niż do tej pory. Często tkwimy w rytuałach życiowych, które prowadzą do niezadowolenia, rozczarowania. Inny pionier psychologii pozytywnej, Nossrat Peseschkian, perskiego pochodzenia lekarz i psychoterapeuta pracujący w Niemczech, powiedział: „Jeśli chcesz osiągać nowe rezultaty, zacznij podejmować nowe działania…”. Rzeczywiście, jeśli robisz to, co robiłeś do tej pory, to będziesz otrzymywał to, co otrzymujesz. Może czas na zmianę, pamiętając, że to, na czym się koncentrujesz, to się rozrasta. Może warto skupiać się na pozytywach i zrewidować stare nieracjonalne przekonania. Nie namawiam do modnego dzisiaj sloganu – myśl pozytywnie (w znaczeniu: be happy keep smiling), ale do myślenia racjonalnego, czyli zgodnego z rzeczywistością i przynoszącego zdrowie (co często sprowadza się właśnie do pozytywnego, ale mądrze pojętego). Popełniamy błędy, to normalne i wpisane w nasze życie, ale może traktujmy je jako lekcje, bez krytyki siebie. Pod warunkiem, że te błędy zauważamy i je korygujemy. Na tym polega uczenie się. A przecież wszystkiego się uczymy: chodzenia, jedzenia, jazdy samochodem i na początku zawsze się potykamy.

Druga sprawa. Angażujemy się w aktywności związane z nauką, bo przecież zbliża się matura, pracę zawodową, bo podlegamy ocenie okresowej, ewaluacji, dążymy do awansu zawodowego. Zaczynamy te sprawy w pewnym momencie traktować jako „troskę ostateczną” (to wyrażenie mojej żony – dzięki Ci, Aniu, za to sformułowanie). Pamiętaj, by robić to, co w danym momencie życia da się zrobić bez przesadnego angażowania sił. Pewnych rzeczy nie przeskoczysz – byleby nie wynikało to z zaniedbania i lenistwa. Nie we wszystkim musisz być kompetentny i nie zawsze musisz być skuteczny. Nie u wszystkich musisz budzić uznanie i nie każdy musi aprobować to, co robisz. Rzeczy nie zawsze, a nawet rzadko układają się po naszej myśli, ale zawsze możemy zmienić sposób myślenia o nich.

Kolejna rzecz, która nam towarzyszy w dzisiejszych czasach, to pośpiech. Zauważ, że my gonimy za czymś: nowymi dobrami, nie odstawaniem od innych, sukcesem, wywiązywaniem się z codziennych obowiązków, koniecznością działania (jak to mówią Amerykanie, mamy speed obsession). Z  drugiej strony doganiamy coś: nowe sposoby działania, nowy program komputerowy, znajomość angielskiego itp. W codziennym życiu robimy to samo – odwózka dzieci do szkoły, poukładanie dnia, przygotowanie jedzenia dla rodziny, praca, nauka.

W ten sposób zaczyna nam brakować ukorzenienia się w tym, co ważne. Może czas na włączenie tego, co istotne (znowu posłużę się językiem angielskim: slow life) – zwolnienia.

Przestań kontrolować do bólu swój czas: daj sobie w ciągu dnia kwadrans, może pół godziny życia bez zegarka. Chodź, mów wolno. Jedz na siedząco, a  nie w biegu, jak to często robisz, szczególnie przy śniadaniu.

Zwalnianie to jedna sprawa, a  druga bardzo ważna to życie w określonym rytmie. Niemiecki filozof Ludwig Klages mówi, że rytm jest pierwotnym przejawem życia. Ma rację. Jeśli nasze serce jest zdrowe i my jesteśmy spokojni, to serce pracuje w dobrym rytmie. Dziecko przychodzące na świat zaczyna się rytmizować – reguluje pory snu i czuwania, przyjmowania pokarmu. My żyjemy w rytmie kosmosu (zauważ, jak wiele osób odczuwa negatywy zmiany czasu z astronomicznego na urzędowy, póki się nie przyzwyczai do nowego rytmu), doby, pór roku. Badania pokazują, iż ludzie zrytmizowani mają się lepiej. Tutaj przypomniała mi się historia kardynała Wyszyńskiego. Gdy został wywieziony i uwięziony przez władze w Stoczku Klasztornym, to swój pobyt (pozbawiony warsztatu pracy, wiedzy, gdzie jest i jak długo będzie trwało uwięzienie) zaczął od zrytmizowania życia; szczegółowo rozpisał rozkład dnia od pobudki po udanie się na nocny spoczynek. W tym porządku znalazł się czas i na pracę intelektualną, modlitwę, kontemplację, odpoczynek i dbałość o kondycję fizyczną.

Zresztą à propos spożytkowania czasu, miał maksymę: „Problemu «braku czasu» nie rozwiąże się przez pośpiech, lecz przez spokój”. Reasumując: zwalniaj i rytmizuj codzienne życie; więcej zrobisz i więcej zauważysz, wreszcie porozkoszujesz się chwilą, drobną przyjemnością, urokiem przyrody. Bo z tego właśnie składa się życie.

Załatwiliśmy obsesję pośpiechu dnia codziennego. Czas teraz na obsesję pogoni za sukcesem w nauce, pracy zawodowej, dobrem materialnym. Martin Seligman powiada, że nasze życie powinno być dopasowane do naszych własnych predyspozycji, tak zwanych cech sygnaturowych, czyli tych, które traktujemy jako własne i jesteśmy ich świadomi.

Jest takie arabskie przysłowie: „Nie mogąc być gwiazdą na niebie… bądź lampą w domu”.

Wybór drogi życiowej, zawodowej uzależniony winien być właśnie od tego, co jest nam dane, naszych zdolności, możliwości intelektualnych, fizycznych, ale także pragnień i marzeń (byle na jawie). To nie znaczy, że zachęcam do małości, miałkości i przeciętniactwa. Zachęcam tylko do stawiania sobie poprzeczki na takiej wysokości, którą może i po ciężkim treningu, ale można przeskoczyć. Jednym słowem do działania w zgodzie z sobą. Ważny jest nie tyle cel, ale droga do niego. Jeśli kroczę dobrą drogą, czyli po prostu robię swoje, to prędzej czy później ten tak zwany cel osiągnę. Jeśli nadmiernie się skupiam na celu, to nawet gdy go osiągnę, poczucia spełnienia nie zyskam. W psychopatologii jest takie pojęcie jak „depresja sukcesu”. Zauważono to u niektórych osób, które po ciężkiej pracy obroniły doktorat. Miast dobrego samopoczucia miały depresję. Doktorat był celem samym w sobie, praca nad nim zawęziła i przysłoniła inne aktywności, relacje z bliskimi, przyjaciółmi.

A  co do pracy, to amerykańska psycholog Amy Wrzesniewski w podejściu do niej wyróżniła trzy style: nastawienie na zajęcie, karierę i powołanie. Niezależnie jaki jest jej charakter, czy jesteś murarzem, lekarzem, zegarmistrzem, adwokatem, jeśli praca jest dla ciebie przede wszystkim zarobkowaniem albo możliwością uzyskania prestiżu, to będziesz się w niej męczył. Jeśli traktujesz ją jako powołanie, czyli jest ona niejako wartością samą w sobie, wtedy osiągniesz zadowolenie i wszystko inne. Sklamruję ten kawałek słowami pisarza Elberta Hubbarda: „Wykonuj swoją pracę z całego serca, a  odniesiesz sukces. Konkurencja jest tak mała”.

Kolejny dylemat przed jakim stoimy, to „być czy mieć”. Czy postawić na gromadzenie dóbr materialnych, czy na zdrowo pojęty samorozwój. Między nami mówiąc, najlepsza jest droga środka. Ale to artykuł oparty na faktach naukowych. Przytoczę badania profesora Thomasa Gilovicha, który wykazał, że osoby nastawione na zakup przedmiotów (nowy telewizor, samochód itp.) rzeczywiście na początku przeżywają dużo pozytywnych emocji, ekscytacji, ale dość szybko ten stan mija i przedmioty stają się ot po prostu codziennością, nie dając już odczucia przyjemności. Z  kolei osoby inwestujące w przeżycia – wyjście do teatru, dobrą wycieczkę, czyli byty zgoła nietrwałe, cieszą się nimi znacznie dłużej (dobre wspomnienia). Przeżycia w przeciwieństwie do przedmiotów stają się częścią nas, budują naszą psychikę i doświadczenia, konkluduje prof. Gilovich.

Wracając do przedmiotów i przeżyć, warto jeszcze poczynić jedno ciekawe rozróżnienie. Otóż psycholog Barry Schwarz wyróżnił osoby, które są, jak on ich nazywa – satysfakcjonistami (inaczej mówiąc – minimalistami), oraz osoby, które są maksymalistami. Satysfakcjoniści to ci, którzy zadawalają się tak zwaną przeciętnością, ale w dobrym rozumieniu tego słowa. Zwróćmy uwagę, że w statystyce określenie „przeciętny” oznacza mieszczący się w normie. Zadawalają się tym, co mają, nie dążą do posiadania wszystkiego z „górnej półki”. Maksymalistów interesuje tylko to, co najlepsze, i w dużej ilości. Badania Schwarza dowodzą, że satysfakcjoniści mają się lepiej. Maksymalizm to już krok do perfekcjonizmu. A perfekcjonista to człowiek, który czuje się dobrze tylko wtedy, kiedy wszystko idzie w zgodzie z jego scenariuszem i jego widzeniem, jego standardem. Może to rodzić wręcz nadmiarowość w postaci uzależnienia od robienia zakupów, nadmiernego gromadzenia przedmiotów. Sam się kiedyś na tym złapałem. Jestem zapalonym majsterkowiczem i kiedyś „uzależniłem” się od marketów budowlanych. Dostrzegłem, że kupuję mnóstwo niepotrzebnych drobnych narzędzi, jakichś gadżetów, bo są w promocji, bo na pewno się przyda. Poradziłem sobie z tym i dzisiaj, wchodząc do każdego zresztą sklepu, nim coś wrzucę do koszyka, zadaję sobie pytanie – czy to pokusa, czy też potrzeba. Na ogół okazuje się, że pokusa. By jej nie ulegać, często idę na zakupy z kartką (i to nie dlatego, że z racji wieku mój mózg już „łysieje” i pamięć zawodzi), ale by kupić tylko to, po co przyszedłem. Zresztą pamięć „zewnętrzna” (kartka papieru, zapiski do przywieszenia na widocznym miejscu) to bardzo dobra rzecz. Ale to, co napisałem o dobrach materialnych, tyczy się również dóbr niemierzalnych i wyższego rzędu, a  mianowicie relacji międzyludzkich. Okazuje się, że satysfakcjoniści mają lepsze relacje z innym. Są bardziej skłonni do ugody, przebaczenia, są mniej wojowniczo nastawieni. Dam przykład z własnych badań nad jakością życia małżeńskiego. Otóż analizując zależności między poczuciem więzi małżeńskiej a  cechami osobowości, stwierdziłem, że lepiej mają się te małżeństwa, w których żona szczególnie, ale i mąż nie mają przesadnie wygórowanych, perfekcjonistycznych oczekiwań w stosunku do współmałżonka, nie starają się uczynić ich lepszymi, niż są. Jednym słowem zdrowo pojęty minimalizm jest górą!

Kwintesencją moich rozważań i ich podsumowaniem niech będą rady dane przez jeszcze jedną psycholog pracującą w nurcie pozytywnym, jaką jest Sonia Lyubomirsky. Otóż zaproponowała ona osiem kroków ku bardziej satysfakcjonującemu życiu.

Oto one:

  1. Wyrażaj swoją wdzięczność (ludziom i losowi).
  2. Praktykuj akty dobroci (przy nadarzającej się okazji i systematycznie).
  3. Pielęgnuj życiowe przyjemności (rozkoszuj się chwilą i dobrymi wspomnieniami).
  4. Podziękuj mentorowi (osobie, która ci pomogła i pozytywnie wpłynęła na twoje życie).
  5. Naucz się przebaczać (porzuć gniew i żal).
  6. Inwestuj czas i energię w przyjaźnie i życie rodzinne (pozytywne relacje z innymi).
  7. Zatroszcz się o swoje ciało (wysypiaj się, ćwicz, uśmiechaj się).
  8. Rozwijaj strategie radzenia sobie ze stresem (te twórcze).

Proszę, przepisz je, zrób ksero i powiększ, wszystko jedno. Następnie powieś to w widocznym miejscu (pamięć zewnętrzna!) i od czasu do czasu zerkaj na tę kartkę.

Uf! Finiszujemy. Tu ostatnia uwaga. Ileś lat temu zacząłeś pisać książkę pod tytułem „Moje dzieje i życie”. Pamiętaj, że to, co już napisałeś (przeszłość), nie zmienisz niezależnie od tego, ile łez wylejesz, ile się wykrzyczysz, bo życia nie da się napisać na brudno. Nie zmienisz ani kropki, ani przecinka. To, co Cię spotkało, to nie były błędy czy porażki. To były lekcje. A te uczą. Od Ciebie zależy scenariusz tej książki, czy będzie to smętne powieścidło, czy pouczająca, mądra (z zawirowaniami oczywiście) lektura (przyszłość). I  pamiętaj, by pisząc scenariusz, trzymać pióro we własnej dłoni (czas teraźniejszy).
Dziękuję za cierpliwość, jeśli dotarłeś do końca tego tekstu.

Już ostatnia metafora. Dzisiaj zagnietliśmy ciasto drożdżowe. Teraz odłóżmy je w ciepłe miejsce i pozwólmy mu dojrzeć. Wtedy zabierzemy się za wypiekanie.

Życzę zdrowia i dobrych dróg

Literatura inspirująca

  1. Blum R. Psychologia po zytywna w praktyce, KDC, Warszawa, 2009.
  2. Brinkmann S. Poczuj grunt pod nogami, WAM, Kraków, 2019.
  3. Dyer W.W. Pokochaj siebie, Zysk i S-ka, Poznań, 1994.
  4. Gilovich T., Ross L. Najmądrzejszy w pokoju. Jakie korzyści możemy czerpać z najważniejszych odkryć psychologii społecznej, Smak Słowa, Sopot, 2017.
  5. Lyubomirsky S. Wybierz szczęście, MT Biznes, Warszawa, 2004.
  6. Prof. Leszek Kołakowski o tym, co jest ważne w życiu, Polityka, wrzesień, 2004.
  7. de Mello A. Minuta mądrości, WAM, Kraków, 1985.
  8. Schwarz B. Paradoks wyboru. Dlaczego więcej oznacza mniej, PWN, Warszawa, 2013.
  9. Ware B. Czego najbardziej żałują umierający, Czarna Owca, Warszawa, 2015.